Letnią porą w liryce

Wstaję rano, czuję słońce
Na mej wypoczętej twarzy.
Kradnę swej energii końce,
Aż mój umysł się rozmarzy.
Stąpam lekko, powolutku
Jak jesienny liść na drodze.
Ruszam okno po cichutku,
Mając chmury ku przestrodze.
Przymknę oczy, się zabawię
W mej pamięci przeszukanie.
Owoce soczystą pełnią
I rośliny wciąż bez skazy
Zaskoczą mnie dziś niejedną,
Będę tworzyć w nich arrasy.
A to tylko letnia pora,
Zaprzestanie obowiązków,
Znów za rok poczujesz lasy,
Które wtedy bosko rosną.
Kochaj miesiąc, kochaj czas,
Kiedy słońce jest w zenicie,
A Ty tracisz się w liryce.

To mnie zniszczy

Mgła zamyka mi oczy
Wodospad jak morze martwe
Płynę cicho w półcieniu nocy
Serce wraz z dniem bardziej utarte.
Wbiję paznokcie w usta
Poprzez szloch stracę głos
Mego smutku rozpusta
Złamie wskroś każdy włos.
Ile dni już minęło?
Jeden, dwa, może dwieście?
Ile jeszcze mi zajmie
Mych emocji obejście?
Jak dużo osób
Będę musiała odrzucić?
Jak wiele myśli
Przelać na papier, wyrzucić?
Bezwartościowo me płuca żyją.
I tak ktoś zapomni, wyrzuci z siebie.
Ile łez już spłynęło?
Jedna, dwie, może dwieście?

Rozpacz

Haust powietrza
Krztuszę się
Tlen nie rozpieszcza
Płuca bolą mnie
Ciała niebieskie przed oczyma
W uszach lodowaty dzwon
W zimnych dłoniach mnie trzyma
To… czy to jest stado wron?

Pudełeczko w palcach mych
Wdech, wydech – i głośny świst
W moich wdechach rozluźnionych
Powietrze zostawia co dzień list:
„Trzymaj się, jestem tuż
Jutro znowu zniknę, więc
Oddech bierz, spokój włóż
Najlepiej wiekami leż”.

„Naturalne” środowisko

 

Nadszedł poranek. Pierwsze promyki szczypały ją w nos. Rozprostowała kopyta, rzuciła okiem na łanię obok niej i wyszła z nory. Trawa i mech były jeszcze gęsto pokryte rosą, lekka mgiełka unosiła się na wysokości jej oczu, pierwsze ptaki nuciły leniwie swoje melodie. Jej celem było zdobycie jedzenia dla swojej córki. W miejscu gdzie mieszkają nie ma zbyt wielu roślin, zatem co rano wybierała się na poszukiwanie zielonych, soczystych krzewów. „Życie sarny nie jest łatwe”, myślała, słysząc burczenie w swoim brzuchu.

Mijała kolejne liściaste drzewa, zadeptywała wilgotne gałązki na ściółce i posilała się trawą. Słońce łagodnie raziło jej oczy, próbujące dostrzec kępę zielonego przysmaku. Wtem do jej uszu doszedł jakiś dźwięk, zupełnie inny od typowych odgłosów leśnych. Bliższy był hukowi, niż warczeniu dzikiego zwierza, które mogłoby ją skrzywdzić. Powoli się cofała, gotowa do ucieczki, gdy hałas ucichł. Wyjrzała zza dwóch szerokich konarów, po których wspinały się mrówki. Parę metrów przed sobą zobaczyła dwa dziwne zwierzęta, chodzące na dwóch nogach i mające różne pary kopyt. Stały obok ogromnego połyskującego… czegoś. Pakowały na to ścięte drzewa. Gdy to zobaczyła, obruszyła się. Czemu one kradną naszą własność? Nie zdążyła się porządnie zezłościć, gdy jedno ze stworzeń chwyciło w górne rozrośnięte kopyta wielkie, pomarańczowe pudło, z którego wychodziło coś srebrnego. Widok tego przedmiotu wywołał w niej negatywne uczucia.

-Uruchamiaj tą piłę!- Po tych słowach omal się nie potknęła ze strachu. W głowie zaszumiał jej irytujący, głośny i wysoki odgłos, od którego zapragnęła czym prędzej uciec.

Biegła przed siebie, drapiąc sobie nogi o ostre krzaki i co chwilę wymijając drzewa. Nie myślała racjonalnie, marzyła tylko o tym, żeby ten huk się oddalił. Wtedy zobaczyła na ziemi coś świecącego, paręnaście metrów przed sobą. Nie zwalniając tempa, zwróciła ku temu oczy. Słońce wyszło zza drzew, rzuciło blask na przedmiot i… oślepiło ją. Spanikowana przyspieszyła. Przez chwilę nie widziała gdzie biegnie. Poczuła nagły ból w nodze, co przywróciło jej racjonalne myślenie. Zatrzymała się, ale siła z jaką to zrobiła wywróciła ją na bok, nasilając tylko pieczenie w kopycie. Spojrzała na nie i aż jęknęła w myślach. Z nogi wystawał jej kawałek szkła, a z rany sączyła się krew. Powoli wstała, starając się nie dotknąć kopytem ziemi. Ruszyła przed siebie. Przecież musiała wrócić do córki.

W drodze powrotnej nadepnęła na coś wydającego szeleszczący dźwięk. Stwierdziła, że przyjrzy się temu z bliska. Wsadziła pyszczek do środka i powąchała. Reklamówka szczelnie zatkała jej nos. Rzucała się, próbując to ściągnąć. Z rozpaczą kopała przestrzeń wokół siebie, wprawiając w zainteresowanie lisa, który wybrał się na polowanie. Gdy już udało jej się oswobodzić, była tak wyczerpana, że położyła głowę na liściach i zamknęła oczy. „Muszę odpocząć. Córcia poradzi sobie beze mnie parę chwil. Prawda?”. Coś ciężkiego wciągało ją w głąb umysłu, ból znikł, a ona poczuła, że lada moment zaśnie. Zdążyła jeszcze tylko lekko uchylić oczy i ujrzeć rudą sierść, jakby ogon. Jednak jej instynkt już nie mógł zareagować. W głowie miała tylko obraz córki, z którą lizały się po nosach i dla zabawy dźgały kopytami.

 

 

 

Parę minut drogi dalej małą łanię zbudziło ze snu złe przeczucie. Słyszała od mamy o lisach. Mówiła, że jeśli takiego zobaczy, ma się szybko schować do nory. Nie powiedziała tylko co robić, gdy te znajdą się w norze. 

Przyszłość

Ból zajechał mi drogę
Zasztyletował klaksonem
Ale byłam sama.
Łzy poprzecinały nogę
A ja skulona pod ogonem
Chlipałam z bezsilności.
Deszczowe uliczki miasta
Przyśnią mi się jutro
Dzień jak co dzień.
Rzucę się w środek ciasta
Z odbiciem jak lustro
Z setnego piętra.
Utopię się w spirytusie
Potnę żyły lizakiem
Zapomnę o zgonie.
Złamię sobie paznokcie
Potem kolana i łokcie
Nadal niepewna, czy umieram.

Śladami przyszłości mnie znajdziesz
w wannie moich wspomnień
wyryję je na skórze
Radzę Ci, lepiej się dotleń.

Rzucę się z setnego piętra,
Utopię w spirytusie,
Potnę żyły lizakiem.

A Ty jaki masz pomysł na życie?